Wykonawcy:   A B C Ć D E F G H I J K L Ł M N O P Q R S Ś T U V W X Y Z Ż 1-9

Czytelnia / Koncerty gitarowe

Koncert PINK FLOYD 2002 Warszawa, Stadion Gwardii

Data dodania: 16-04-06
Język:  
Autor: KRZYSZTOF SUDA
Dział: Koncerty gitarowe




Na koncert wyruszyliśmy o godzinie 10.30. Podróż w strugach deszczu trwała około 5 godzin / z tego przez godzinę jechaliśmy w zatłoczonej stolicy/ z małymi postojami. Aura w tym dniu nie była zbyt sprzyjajaca, chłodno jak na czerwiec i ten deszcz. Na miejscu przed bramami stadionu byliśmy o 16 . Już o tej porze na 4 godziny przed koncertem gromadziły się liczne grupy fanów czekały w deszczu i chłodzie. Wszystko wskazywało na to, że koncert "geniusza Pink Floyd" - Rogera Watersa odbędzie się w strugach deszczu, przy bardzo niskiej temperaturze. W końcu o godzinie 17.10 zajęliśmy swoje miejsca na stadionie Gwardii Pogoda nie zniechęciła jednak ani fanów, ani licznych sprzedawców gadżetów związanych z Pink Floyd i samym Rogerem Watersem. Do zakupu gadżetów zniechęcały natomiast wysokie ceny :-) (kubek ze świnia z In The Flesh - 50 zł., koszulka - od 90 do 200 zł, my byliśmy bardzo głodni więc koleżanka Agnieszka "Młoda"  zafundowała nam 5 bułek z plasterkiem szynki za jedyne 50 zł - "Polak potrafi").
   Sam obiekt wywarł na mnie raczej negatywne wrażenie. Nie był on na pewno idealnym miejscem na koncert tak wielkiego człowieka, jakim jest dla mnie Roger Waters./ Stadiom Śląski albo Błonie w Krakowie napewno by były dużo lepszym miejscem.  Stadion zapełniał się bardzo powoli z powodu dokuczliwej pogody. Miejsca przed samą sceną zostały już rzecz jasna zajęte, lecz w gruncie rzeczy z każdego miejsca stadionu dobrze widać było scenę (jedyny plus wynikający z małych rozmiarów obiektu).
Czekając na koncert zauważyć można było duże zróżnicowanie wiekowe publiczności. Czas oczekiwania na godzinę 20 wypełniała muzyka płynąca z ogromnych głośników ustawionych po obu stronach sceny w kształcie prostokąta o wysokości kilkunastu metrów.
   Około godziny 19.30 pierwsze znaki zaczęły przemawiać za tym, że koncert będzie wspaniały i niepowtarzalny. Jakby na zamówienie deszcz przestał padać / choć ciemne kłębiaste chmury wisiały nad stadionem / i zrobiło się cieplej. Może dzięki temu, że na stadionie było coraz tłoczniej... Ciemne chmury wciąż szybko przesuwały się nad sceną pokrytą czarnymi zasłonami i folią.Przed koncertem najlepszy interes zrobiłoby się napewno na pelerynach przeciw dzeszczowych. Gdy czarna zasłona zakrywająca biały ekran podniosła się do góry i na scenie pojawił się symbol świni z napisem In The Flesh, atmosfera wśród publiczności zaczęła wzrastać. Godzina 20. Fani wywołują Rogera na scenę. Muzyka Petera Gabriela z głośników oraz ekipy techniczne rozwijające z folii instrumenty ustawione na scenie dawały do zrozumienia, że koncert nie rozpocznie się punktualne. Kilka minut po 20 na stadionie rozległy się słowa Piotra Kaczkowskiego, który po polsku i angielsku przywitał publiczność. Zapowiedział, że koncert będzie trwał około trzech godzin i dlatego w połowie widowiska muzycy udadzą się na kilkuminutową przerwę. I tak też w rzeczywistości było.
Godzina 20:15. Z głośników rozległy się pierwsze dźwięki utworu In The Flesh. Po chwili na scenę wyszedł zespół a zaraz za nim Roger Waters ubrany w czarną koszulę i czarne spodnie. Muzycy usiedli przed swoimi instrumentami a Roger Waters wszedł po schodach i stanął wysoko ponad zespołem, na ścianie umiejscowionej w tylnej części sceny. Eins, Zwei, Drei... odliczył Roger po czym rozpoczął: "So ya thougt ya, might like to go to the show..." Już po pierwszych dźwiękach uświadomilismy sobie że to bedzie najpiękniejszy koncert jaki sobie mozna tylko wymarzyć. / i tak było/ Koncert na dobre się rozpoczął. Początkowe sceny przypominały fragment filmu The Wall. Dość niewyraźnie światło reflektora zostało skierowane na postać mistrza. Głos Rogera wydawał się wciąż taki sam jak z roku 1979 na studyjnym The Wall. Końcówka In The Flesh... Roger zszedł z kilkumetrowej ściany i stanął przed swoim mikrofonem na scenie. Rozległ się odgłos rozbijającego się samolotu, po czym nad stadionem przeleciał niewidzialny helikopter / dźwięk był bardzo realistyczny dzięki kwadrofoni/ rozpoczynający utwór Another Brick In The Wall poprzedzony krótkim The Happiest Days Of Our Lives. Głośniki rozstawione po bokach oraz z tyłu stadionu sprawiły, że efekt nadlatującego z prawej strony helikoptera był bardzo realistyczny. Rozpoczyna się utwór Another Brick In The Wall. Cały stadion z Watersem na czele śpiewa "We don't need no education". Publiczność już w tym momencie okazała się gościnną, odśpiewując cały utwór wraz z artystą. Po wyśmienitej solówce gitarowej, Roger wziął do ręki gitarę akustyczną by rozpocząć utwór Mother. Tutaj warto wspomnieć o zdjęciach, które były wyświetlane na ogromnym ekranie stanowiącym tylną ścianę sceny. Pojawiały się tam symbole kojarzone z albumem The Wall : maszerujące szeregi młotków, zdjęcia nauczyciela znęcającego się nad uczniami i rzecz jasna - karykatura tytułowej "matki".
Kolejny utwór nie odbiegał tematycznie od poprzednich. Get Your Filthy Hands Off My Desert połączone z Southampton Dock również wypadły dobrze, lecz nie zachwyciły niczym szczególnym. Może dlatego, że na stadionie było jeszcze zupełnie jasno i wyświetlane zdjęcia nie dawały tak dużego efektu. Publiczność także dopiero jakby zdawała sobie sprawę, że na scenie stoi "we własnej osobie" Roger.
  Po utworach z płyty The Final Cut przyszedł czas na Animals. Na ekranie wyświetlony został krótki film obrazujący dymiące kominy elektrowni Battersea wraz z gumową świnią umocowaną na żelaznych linach. Po krótkim Pigs On The Wing nastąpił utwór na który czekało wiele osób: Dogs. Tutaj znów dało o sobie znać znakomite nagłośnienie w systemie kwadrofonicznym. Szczekanie psów dobiegało najpierw z tyłu, później z przodu.  Podczas tego utworu Roger Waters wraz z częścią innych muzyków zasiadł do okrągłego stołu ustawionego na scenie od samego początku. Podczas utworu Dogs na ekranie wyświetlony został rysunek brudnego, zaniedbanego miasta. Na tym zakończyła się prezentacja płyty Animals. Set The Controls For The Heart Of The Sun wypełniło kolejne minuty koncertu. Jeden z najstarszych utworów na koncercie zabrzmiał całkiem dobrze w wersji Rogera Watersa. Kolejnym albumem w podróży przez dokonania Pink Floyd było Wish You Were Here. Z głośników popłynął idealnie czysty, pełny, potężny a jednocześnie delikatny dźwięk klawiszy rozpoczynających Shine On You Crazy Diamond Part I. Reakcja publiczności była natychmiastowa - klaszczące ręce uniesione do góry wypełniły stadion. Gdy zaczęły wybrzmiewać pierwsze partie gitary poczułem na całym ciele "gęsią skórkę" co za przyjemne wrażenie. Snowy White grający jego gitarowe partie robił to bez żadnych zarzutów, słychać jednak było odmienność w porównaniu z Davidem. Tutaj popisał się również syn Rogera - Harry Waters. Nie można mu chyba zarzucić żadnych błędów czy niedociągnięć (podobnie jak innym muzykom) jednak brakowało tu magicznych rąk Jona Carrina. I w końcu nadeszła ta chwila gdy chyba cały stadion bez wyjątku zaśpiewał: "Remember when you were young, you shone like the sun. Shine On You Crazy Diamond !".
Od tego momentu nastąpiła lepsza według mnie część koncertu. Zaczynało się robić coraz ciemniej i zdjęcia były coraz lepiej widoczne.
Kolejnym utworem było Welcome To Te Mashine. Na ekranie wyświetlony został oficjalny teledysk do tego utworu. Przepiękne wykonanie. Utwór z roku 1975 zyskał na koncercie nowego brzmienia. Bardzo uwypuklone zostało przesłanie kierowane na płycie Wish You were here do Syda Barretta. Podczas utworów z tego krążka na scenie ukazywały się mało znane fotografie zespołu wraz z Sydem Barrettem. Bardzo wymownym elementem było wyświetlenie nieco rozmazanej twarzy Syda podczas Shine On You Crazy Diamond. Podobne obrazy towarzyszyły następnemu utworowi: Wish You Were Here. Utór ten został przyjęty przez publiczność ze szczególnym aplauzem. Teraz już wszyscy śpiewali razem z Rogerem : "We're just two lost souls swimming in a fish bowl year after year". Waters zmienił jednak wiele w tym świetnym utworze. Wiele wersów zaśpiewał nieco inaczej niż w oryginale a końcówka była zupełnie zmieniona. Ostatnie akordy Wish You Were Here zaczęły powoli zamieniać się w szum wiatru. Shine On You Crazy Diamond Part II. Jeden z najlepiej zagranych utworów tego wieczora. Muzycy rozbudzili wielkie emocje wśród publiczności, która długimi brawami nagradzała zespół za ten utwór i całą pierwszą część koncertu, która waśnie się kończyła. Pod koniec utworu, zza ściany na której kilkadziesiąt minut temu stał Waters, zaczęła powoli wysuwać się ogromna, błyszcząca gwiazda. Jej obrotowy ruch sprawiał, że srebrne plamki światła biegały po całym stadionie.
   Po zaprezentowaniu odmłodzonej wersji albumu Wish You Were Here Roger oznajmił ze udaje się wraz z zespołem na 20 minutową przerwę. Publiczność wciąż biła brawo nie chcąc przerywać tego pięknego spektaklu, który w rzeczywistości dopiero miał się zacząć. Podczas przerwy zrobiło się już zupełnie ciemno. Może właśnie dzięki temu druga część koncertu wypadła znacznie lepiej niż pierwsza.  Obok mnie stali ludzie starsi, których na koncercie nie brakowało.
    Przerwa, podczas której z głośników puszczono odgłosy ptaków, płynącego potoku i innych dźwięków natury, minęła bardzo szybko. Na stadionie zrobiło się zupełnie ciemno. Nagle reflektory oświetlające sceną zapaliły się ponownie. Stadion wypełniły odgłosy bijącego serca - prosto z The Dark Side Of The Moon. Publiczność gorąco przywitała Rogera wraz z zespołem ponownie na scenie. Przyznam, że byłem zaskoczony kolejnością utworów. Przypuszczałem, że drugą cześć koncertu wypełnią wyłącznie solowe dzieła Watersa, tymczasem Wspaniale wykonane Breathe doprowadziło publiczność do szału. Utwór został zagrany z wielką dynamiką. Teraz na stadionie panował prawdziwie koncertowy nastrój, którego troszkę brakowało w pierwszej części. Wszystkie filmy było bardzo wyraźne i czytelne bo było zupełnie ciemno. Na ekranie widniał pryzmat - dokładnie taki jak na okładce Dark Side Of The Moon.W czasie trwania utworu pryzmat się przesuwał po ekranie Fani nagrodzili zespół wielkimi brawami i krzykami za wspaniałe Breathe. Emocje wzrosły jeszcze bardziej gdy rozległ się dźwięk tykających zegarów. Nikt nie miał wątpliwości, że rozpoczyna się utwór Time. Wstęp do tego przepięknego utworu to popis Grahama Broada, który urzekł publiczność wspaniałą grą na bębnach. Wielkie wrażenie zrobił na mnie cały stadion śpiewający słowa "ticking away the moments that make up a dull day". Na ekranie kręciła się płyta analogowa "The Dark Side Of The Moon". Krzyki i oklaski radości nie miały końca. Po Breathe (Reprise) stadion wypełnił się dźwiękami otwieranej kasy, przesypujących się monet. Roger rozpoczął swe basowe partie w utworze Money.  Money nie było jednak utworem Watersa. Tutaj swoje umiejętności wokalne i gitarowe zaprezentował Andy Fairweather Low, którego nazwisko przywołał Roger Waters po ostatnich sekundach Money. Brawa zalewały stadion. Teraz wszyscy usłyszeliśmy słowa: "Hello, would you like a cup of caffee ? " a na ekranie wyświetlona została amerykańska ciężarówka rozpoczynające utwór Every Stranger's Eyes z płyty Rogera pt.: "The Pros And Cons Of Hitch-Hiking". Stało się jasne, że teraz rozpoczną się utwory z solowych płyt Watersa. Przyznam że nieco się zdziwiłem gdy zobaczyłem, że znaczna część osób na stadionie znała dokładnie słowa do tego utworu. Tak było już cały czas. Wszyscy śpiewali razem z Rogerem, który wraz z zespołem stworzył wspaniały klimat podczas utworu Every Stranger's Eyes. Klimat ten tworzyło także wspaniałe oświetlenie, które swą subtelnością robiło naprawdę ogromne wrażenie. Po jedynym "przedstawicielu" Pros And Cons Of Hitch-Hiking rozpoczęła się prezentacja albumu Amused To Death, na którą czekało bardzo wielu fanów. Najpierw Perfect Sense Part I. Pod koniec utworu wraz ze słowami "And they gave him command of a nuclear submarine" na ekranie pojawiła się wielka, zielona łódź podwodna, która widniała przez cała drugą część Perfect Sense. Roger bardzo wczuwał się w to co śpiewa rozkładając ręce w stronę publiczności. W utworach z Amused To Death, bardzo pozytywnie wypadły trzy wokalistki towarzyszące mistrzowi: Katie Kissoon, PP Arnold oraz Carol Kenyan. Ich czysty głos brzmiał również w kolejnym utworze: The Bravery Of Being Out Of Range. Zabrzmiał on moim zdaniem znacznie lepiej niż na studyjnym krążku. Muzycy zagrali go bardziej dynamicznie, miał w sobie więcej energii i mocy. Zaraz po nim, stadion wypełniły pierwsze dźwięki It's A Miracle.
To co działo się na scenie i całym stadionie trudne jest do opisania. Nastąpił kulminacyjny moment koncertu. Ustały brawa i ucichły krzyki. Ludzie ze spokojem, skupieniem a przede wszystkim z wielkim zdumieniem wsłuchiwali się w magiczne brzmienie It's A Miracle. "A doctor in manhattan saved a dying man for free" - po tym wersie rozległy się zapadające głęboko w pamięci słowa: "It's A Miracle" / bo to był cud/. Jeden z najpiękniejszych momentów koncertu. Oczarowana publiczność podziękowała za It's A Miracle i w tym momencie rozpoczął się tytułowy utwór z płyty Amused To Death. Zgasły wszystkie światła. Było zupełnie ciemno. Gdy zabrzmiały słowa wypowiadane przez przerażoną kobietę, na scenie pojawił się człowiek z latarką, którą wykonywał bardzo chotycznie ruchy, jakby chciał uciec z miejsca jakiegoś wypadku. A w tle nadal słowa przerażonej kobiety... Brak słów aby opisać tan moment. Wspaniały, cudowny... napięcie było jeszcze większe niż podczas It's A Miracle. Tego nie da się opisać - trzeba po prostu być, widzieć i słyszeć. Ogromną rolę odegrały nazwiska osób poległych w czasie II Wojny Światowej wyświetlane na ekranie. Pojawia się również twarz Alfa Razzela, którego głos słychać w końcówce utworu Amused To Death.
Z przepięknego snu obudziły publiczność pierwsze dźwięki Brain Damage. Nie zabrakło także Eclipse zamykającego Dark Side Of The Moon. Już na początku tego utworu na ekranie pojawiło się duże słońce a pod nim miejskie zabudowania. W czasie trwania Eclipse, do słońca zbliżał się cień księżyca, który miał ostatecznie przysłonić blask złotej kuli. I tak się stało. Równo ze słowami: "sun is eclipsed by the moon" słońce zostało całkowicie zaćmione przez księżyc. Świata na scenie nieco przygasły co dało świetny efekt prawdziwego zaćmienia. Była to chwila przepiękna ale za razem smutna. Wszyscy wiedzieliśmy, że koncert zmierza ku końcowi. Roger odłożył gitarę. Kolorowe światła na scenie zgasły. Publiczność jednak nie dała Rogerowi zejść ze sceny po tym co zobaczyła i usłyszała. Waters bierze znów gitarę do ręki. Rozpoczyna się Comfortably Numb. Krzyk radości początkowo zagłuszył pierwsze akordy utworu z The Wall. teraz publiczność śpiewała najgłośniej jak tylko mogła, tak jakby czekała na ten waśnie moment: "Hello, is there anybody in there ?". Gdy nadszedł refren, białe światła skierowały się na widownię. Niesamowite wrażenie, gdy ponad 20 tys. fanów śpiewa razem z samym Rogerem Watersem. Podczas Comfortably Numb większość osób bawiła się chyba najlepiej. Wszyscy którzy siedzieli na trybunach wysłuchiwali tego utworu na stojąco.  Solówka gitarowa- chyba najważniejsza część Comfortably Numb - i tu niestety zabrakło Davida Gilmoura. Gitarzyści Rogera Watersa spisali się niewątpliwie na miarę swoich możliwości, lecz nic nie zastąpi gilmourowskiego talentu w CN. Po mistrzowskim Comfortably Numb zespół zszedł ze sceny. Brawa nie miały końca. Fani wprost szaleli prosząc tym samym muzyków o powrót. Po kilku minutach, otworzyły się białe drzwi w ścianie z tyłu sceny. Wrócili.
Marzeniem wielu fanów było usłyszenie utworu Hey You dlatego też cały stadion krzyczał "Hey You, Hey You, Hey You...". Roger nie dał się jednak przekonać. Na bis zagrał - nowy utwór zatytułowany "Flickering Flame". Nieliczni znali już tekst nowej piosenki. Większość osób uważnie słuchała jednak nowego dzieła mistrza. Zostało one nagrodzone wielkimi brawami. Roger podziękował jeszcze fanom mówiąc, że pomimo niskiej temperatury, atmosfera na stadionie była bardzo gorąca... Jeszcze tylko wspólny ukłon zespołu i artyści zeszli ze sceny. Jasne stało się, że koncert dobiegł końca i zespół nie wyjdzie aby zagrać jeszcze raz. Kilka minut trwały jeszcze owacje, które jednak ucichły gdy zapaliły się reflektory oświetlające stadion. Po tak wielu wrażeniach publiczność powoli opuszczała mały stadion Gwardii z nadzieją na następny koncert Rogera w Polsce..., a może kiedyś wspólny z Pink Floyd po ostatnim spotkaniu z Mansonem i zagraniu wspólnie jednego utworu na koncercie londyńskim.
Po koncercie długi czas w umyśle pozostawały ostanie dźwięki brzmiące jak niespełniony dźwięk. Przez całą drogę do domu nasz ciągle słyszeć można było przepiękna gitarę i głos Rogera.

do góry   powrót   pokaż wszystkie artykuły