• 7 godzin video

    Teraz tylko
    47,00 zł

    Szkoła gry na gitarze na 3 płytach DVD
Wykonawcy:   A B C Ć D E F G H I J K L Ł M N O P Q R S Ś T U V W X Y Z Ż 1-9

Czytelnia / Koncerty gitarowe

Koncert zespołu Black Label Society

Data dodania: 16-04-06
Język:  
Autor: Aleksander Przywara
Dział: Koncerty gitarowe




Zapadła ciemność, kłęby dymu spowiły scenę, tłum młodych ludzi ubranych na czarno umilkł w oczekiwaniu... Z głośników zaczął wydobywać się dźwięk. Po chwili wszyscy rozpoznali motyw z filmu Ojciec Chrzestny. Rozległo się wycie syren, błyskały światła policyjnych kogutów, słychać było wystrzały karabinów. Na scenę wkroczyli oni – ubrani w dżinsy i skóry muzycy zespołu Black Label Society.
Skórzani bogowie. Czczeni podczas koncertu przez tysiące fanów łaknących heavymetalowego błogosławieństwa. Uczestniczących w hardrockowej mszy wyznawców głodnych ciężkiej, przesterowanej muzyki. Zespół pokazał, że w odprawianiu harleyowskiej mszy nie ma sobie równych na świecie. Tak gęsto wypełnionej żelazem atmosfery, nawet mimo problemów technicznych, nikomu innemu nie udało się stworzyć. BLS to muzycy, którzy wiedzą, że przy dobrym występie liczy się nie tylko idealny dźwięk, który nie zawsze można uzyskać, ale także serce i emocje włożone w granie oraz najważniejsze – doskonały kontakt z publicznością. Jednym słowem klimat!
Oczywiście był on wspaniały. Podczas koncertu dałem się oczarować muzyce – ciężkim riffom przypominającym brzmienie rozgrzanego silnika mknącego po autostradzie Harleya. W takim momencie zapomina się, że na zewnątrz istnieje jeszcze inny świat, daje się ponieść strumieniowi dźwięków wydobywających się z instrumentów – jakby dosiadać stalowego rumaka i przemierzać asfaltowe drogi przecinające pustynię.
Jeśli ktoś jeszcze nie wiedział czemu Zakk Wylde jest uważany za gitarowego boga przez tysiące młodych muzyków, to ten koncert powinien nawrócić go na hardrockową wiarę. Z pewnością część magii tworzy osławiony Les Paul i otaczane kultem przez gitarzystów pickupy EMG 81 i 85. One także tworzyły klimat, ale to umiejętności były najważniejsze. Nie widziałem nikogo innego, kto potrafiłby tak bawić się instrumentem – solówka zagrana z gitarą założona za głowę była tak naturalna – wydawać by się mogło, że to najłatwiejsza rzecz na świecie.
Wojtek Hoffman – gitarzysta zespołu Turbo powiedział kiedyś: Prawdziwego gitarzystę poznaje się po tym, jak gra na akustyku. To prawda – Wylde pokazał, że inspiracją dla niego jest także muzyka akustyczna – country i blues. Dał on bowiem popis pięknej gry – mieszając improwizowane motywy z przebojami Ozzy’ego Osbourne’a (z którym od lat współpracuje). Usłyszeliśmy więc Iron Mana, Diary of a Madman i chóralnie odśpiewane przez fanów Mama I’m Coming Home.
Ludzie zaczęli skandować Dziękujemy! Ostatnia część koncertu zabrzmiała potężnie, poprawiło się też brzmienie. Spoke in The Wheel oraz Stillborn zabrzmiały wewnątrz czaszek wszystkich słuchaczy. Natomiast ostatni utwór, Genocide Junkies, można określić tylko jako orgazm dla zmysłów! Zmieszane strumienie dźwięków i piwa rozlewanego przez zespół stanowiły dopełnienie przepięknego koncertu.
Skórzani bogowie zeszli ze sceny i odjechali na motorach, by dalej nieść swoje przesłanie. Ludzie rozchodząc się po koncercie jeszcze długo śpiewali: Fire it up! Let the engines roll!

do góry   powrót   pokaż wszystkie artykuły